Każdy z nas, niezależnie od tego czy naoglądał się w dzieciństwie „Pomysłowego Dobromira” czy po prostu jest z natury ciekawski, ma w sobie żyłkę małego konstruktora i mechanika. W większości jednak zapędy takie kończą się nie najlepiej, gdy przykładowo rozbierzemy na części pierwsze zegarek lub telefon, a później nie potrafimy albo złożyć go ponownie, albo też po złożeniu zostaje nam obok całkiem spora kupka „niepotrzebnych części”.
Jednak pomimo licznych w życiu tego typu nauczek – za małego okupionych często bolesnym klapsem od rodziców po „naprawieniu” im na przykład „budzika” – większość z nas nie wyciąga wniosków z takich wydarzeń i kiedy, już jako dorośli, stajemy ponownie przed wyzwaniem naprawienia czegoś lub też oddaniem popsutego sprzętu w ręce specjalisty, wybieramy to pierwsze. Skutki bywają zaś zwykle opłakane. Bądźmy szczerzy naprawa motorów lub odzyskiwanie zdjęć, to wcale nie to samo co przyklejenie podeszwy od buta (a i to wielu z nas potrafi „naprawić” tak skutecznie, że buty są później do wyrzucenia). Jeśli dodatkowo okazuje się później, że nasz udział w naprawie był na tyle znaczący, że fachowiec (którego w końcu zdecydowaliśmy się odwiedzić) parska śmiechem lub dyktuje nam cenę „z sufitu”, jesteśmy święcie oburzeni. A przecież mogliśmy tego uniknąć. Wystarczyło od razu udać się do specjalisty, cóż tylko czy wtedy nie żałowalibyśmy, że „przecież mogliśmy chociaż spróbować”? Widać taka już nasza natura.